4 553 odsłon

Zamieszanie z lecznicza marihuana w USA

Przepisy dotyczące tzw. leczniczej marihuany w USA są tak zaplątane i sprzeczne, że nie tylko producenci i palacze trawki, ale w ogóle już nikt nie może się w nich połapać. W Kalifornii, gdzie wszystko się zaczęło, znów trwa wojna o konopie.

Aaron Sandursky właśnie wyszedł za kaucją i czeka na proces, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że wielki problem z marihuaną ma nie on, tylko policjanci, sędziowie i urzędnicy najróżniejszych szczebli, poczynając od lokalnego do federalnego, z którymi ma do czynienia. Muszą palić jakieś niezłe zioło i być na dużym haju, skoro biednego Sandursky’ego w kółko aresztują i zwalniają, zezwalają i zabraniają, atakują i bronią.

Sandursky jest jednym z tysięcy mieszkańców Kalifornii, którzy postanowili skorzystać na słynnej ustawie 215 przyjętej w stanowym referendum w 1996 r. Zezwala ona na uprawę i dystrybucję tzw. marihuany leczniczej, która jest naturalnie najzwyklejszą marihuaną, ale spożywaną rzekomo – choć w niektórych przypadkach naprawdę – w celach leczniczych.

Trzy lata temu Sandursky założył pierwszą marihuanową aptekę w miasteczku Uptown pod Los Angeles, pod szyldem G3 Holistic. Biznes kręcił się nie najgorzej, dlatego w następnych latach powstały dwie kolejne apteki w innych miastach i niewielka plantacja marihuany. – Dzięki niej jestem pewien wysokiej jakości towaru, który dostarczam pacjentom – wyjaśniał.

Aaron Sandusky – grozi mu od 10 lat do dożywocia za handel „medyczną marihuaną”

Niestety, nad rozwijającą się prężnie G3 Holistic wisiało niczym miecz Damoklesa nieustanne zagrożenie. Choć już 17 stanów zezwala na palenie leczniczej marihuany, to jednak zgodnie z prawem federalnym jest ono nielegalne, a tym bardziej nielegalna jest uprawa, dystrybucja i sprzedaż. Wprawdzie Barack Obama zapowiadał na początku kadencji, że nie będzie wydawał pieniędzy na ściganie osób łamiących prawo federalne, ale działających zgodnie z prawem stanowym, jednak zawsze istniała przykra ewentualność, że prezydent albo któryś z urzędników w Waszyngtonie zmieni zdanie.

Co gorsza, w międzyczasie okazało się, że rajcy miejscy z Uptown wydali zakaz prowadzenia marihuanowych aptek na terenie miasta.

W sierpniu 2010 r. Sandursky, chcąc nie chcąc, musiał podporządkować się woli sądu, który wydał nakaz zamknięcia apteki, ale naturalnie złożył apelację. Nie może być tak, argumentował, żeby urzędnicy municypalni uchwalali prawa podważające prawo stanowe (czyli ustawę 215).

Dlaczego lokalnym władzom Uptown nagle zaczęła przeszkadzać apteka? Motywy w wielu konkretnych przypadkach były oczywiście różne. Np. burmistrz John Pomierski potrzebował pieniędzy na zbliżającą się kampanię wyborczą. Obiecał Sandursky’emu, że dostanie zezwolenie na prowadzenie biznesu, jeśli przeleje na fundusz wyborczy 20 tys. dol. Marihuanowy aptekarz posłusznie wpłacił połowę, ale potem się zbuntował i złożył skargę do prokuratury. Burmistrz Pomierski, który podobną ofertę złożył lokalnemu klubowi nocnemu, dostał dwa lata więzienia.

W lipcu 2011 r. sąd apelacyjny przychylił się do prośby Sandursky’ego, żeby do czasu rozpatrzenia sprawy apteki mogła ona działać. Została zatem ponownie otwarta, ale trawkowa idylla trwała tym razem jeszcze krócej. Spełniła się bowiem groźba, o której wspominaliśmy wcześniej – jesienią zeszłego roku urzędnicy Obamy zmienili zdanie i postanowili ścigać sprzedawców marihuany w Kalifornii. 1 listopada 2011 r. agenci federalni najechali aptekę i plantację Sandursky’ego, wykarczowali wszystkie rośliny i zabrali ze sobą.

Co gorsza, władze miejskie, już bez osadzonego burmistrza, złożyły apelację od apelacji Sandursky’ego i ponownie uzyskały sądowy nakaz zamknięcia biznesu.

Aptekarz początkowo się podporządkował, ale złożył apelację od apelacji od apelacji – do stanowego sądu najwyższego – po czym znowu otworzył aptekę. Argumentował, że dopóki sprawa nie zostanie rozstrzygnięta, nie może być poszkodowany. A przecież zgodnie z prawem stanowym jest czysty jak łza.

Pracownik G3 Holistic przygotowuje porcje marihuany

W marcu agenci federalni znowu najechali aptekę Sandursky’ego. W wyniku śledztwa, które potem wszczęto, został oskarżony o produkcję i dystrybucję zakazanych substancji odurzających, czyli krótko mówiąc, o handel narkotykami – za coś takiego grozi mu od dziesięciu lat do dożywocia.

Aptekarz trafił do aresztu, siedział w celi dwa miesiące i dopiero w zeszłym tygodniu, po wpłaceniu kaucji, wyszedł, ale nie na wolność, tylko do domu. W areszcie domowym czeka na proces.

A choćbym nawet miał siedzieć w celi i 20 lat… Walczę w obronie konstytucji i nie zamierzam się poddawać – zapowiada.

Batalia toczy się nie tylko w Uptown, objęła już całą Kalifornię. Od listopada ubiegłego roku agenci federalni wysłali pogróżki do 600 aptekarzy w stanie; dlatego niektórzy, mniej zdeterminowani niż Sandursky, zamykają biznesy.

W lipcu rada miejska Los Angeles zakazała sprzedaży leczniczej marihuany w mieście – na przekór prawom stanowym. To wyrok na prawie tysiąc aptek.

Szef policji w Los Angeles Charlie Beck uważa, że biznes przybrał tak monstrualne rozmiary, iż stał się toksyczną mieszanką „narkotyków i wielkich pieniędzy„. Coś, co miało być ulgą dla chorych, stało się plagą.

Od zakazu są już apelacje i niewykluczone, że spór trafi do sądu najwyższego w Waszyngtonie, który będzie musiał ustalić, którego prawa obywatele mają przestrzegać: lokalnego, stanowego czy federalnego.

via: Gazeta Wyborcza



Dodaj szybki komentarz


  Jeżeli masz już konto Zaloguj się

Komentarze

Brak komentarzy

Polecamy: Bangla Wall