5 254 odsłon

Młody Barack Obama i „totalne wchłonięcie dymu”

Obama z babcią, Madelyn Lee Payne Dunham, na uroczystości zakończeniu szkoły średniej w 1979 roku.

Za swoich młodych lat amerykański prezydent nie szalał na boisku, wolał z kolegami eksperymentować z narkotykami, a w pamiątkowej księdze szkolnej dziękował nawet dilerowi. Nieznaną twarz Obamy ukazuje jego najnowsza biografia.

Na pierwszy rzut oka wpis w klasowej księdze pamiątkowej z 1979 r. brzmi całkiem niewinnie. „Dzięki Tut, Gramps, Choom Gang i Ray za całą wspaniałą zabawę„. Podpis pod zdjęciem – Barry Obama. Obecny prezydent miał wtedy 18 lat i chętnie grał z przyjaciółmi w koszykówkę. Ten sam uśmiech co dziś. Inna fryzura – afro.

Tut i Gramps to oczywiście nawiązanie do dziadków od strony matki 44. prezydenta USA.

Zamieszkał z nimi w wieku 10 lat. Matka wyjechała do pracy w Indonezji. Ojciec zniknął, gdy Barack Obama był jeszcze niemowlakiem. Co jednak znaczą słowa „Choom Gang” i „Ray„? Rozwiązania zagadki nie znajdziemy nawet w autobiografii Obamy „Odziedziczone marzenia. Spadek po moim ojcu„.

Sprawa szkolnej księgi pamiątkowej pojawiła się już w 2008 r. podczas prezydenckiej kampanii wyborczej. Wtedy uważano, że „Choom Gang” to nieco przewrotna nazwa palących trawkę koszykarzy z drużyny Obamy z prywatnej szkoły średniej. W honolulskim slangu z lat 70. słówko „choom” oznaczało zaciągniecie się skrętem z marihuany. Kim jest Ray? Dziennikarze doszli do wniosku, że chodzi o przyjaciela prezydenta z okresu dzieciństwa. W swojej autobiografii Obama wspomina kogoś o tym imieniu starszego od niego o dwa lata. Przyjaźń przypieczętował kolor skóry obu chłopców.

Jednak teraz te uroczo naiwne domysły mogą okazać się nie warte funta kłaków.

Na rynku ukazała się właśnie 672-stronicowa biografia obecnego prezydenta autorstwa Davida Maranissa pod tytułem „The Story” („Opowieść o życiu Baracka Obamy”). Zdobywca Pulitzera pokazuje nam zupełnie inną historię kryjąca się za niewinnym wpisem.

Nie trzeba dodawać, że takiej interpretacji nie przyjęto by dobrze w 2008 r. Obama był wtedy jeszcze nieznanym i niesprawdzonym senatorem I kadencji ze stanu Illinois.

Barack Obama (trzeci od lewej w górnym rzędzie) w Punahou School w 1972 roku.

Maraniss twierdzi, że „Choom Gang” to wcale nie pyszałkowata nazwa dla kilku graczy, którzy kiedyś ot, tak sobie spróbowali trawki. Nie. Członkowie tej grupy – żaden nie był sportowcem – większość swojego wolnego czasu spędzali na paleniu trawki na coraz bardziej różne i wymyślne sposoby. Często przy tym tłocząc się w właśnie w choombusie, czyli starym busie volkswagenie popularnie zwanym ogórkiem. A Ray? To nie ten sam chłopak, który występuje w autobiografii prezydenta.

Zdaniem Maranissa chodzi o „długowłosego hippisa pracującego w pizzerii Mama Mia niedaleko Punahou i mieszkającego w kompletnie zdezelowanym busiku na terenie ogromnego opuszczonego magazynu„. Co więcej Ray miał być „przerażająco dziwacznymdilerem trawki, który młodemu Obamie dostarczał znakomitej jakości zioła zmieniające świadomość. Nazwy całkiem egzotyczne – Maui Wowie, Kauai Electric czy Kona Gold.

Prawda. Maraniss stawia niezwykłą tezę. Obecny lokator Białego Domu jako nastolatek był nie tylko kimś w rodzaju pot head – palacza, który sądzi, że trawka pomaga rozwiązywać problemy, a bez przypalenia nie ma zabawy. Ot, trawkowy ćpun. Obama miał być palaczem zagorzałym do tego stopnia, iż uznał za stosowne podziękować dilerowi w klasowej księdze pamiątkowej. A nie znalazł tam na przykład miejsca dla matki.

Co dziwniejsze, amerykańskie media i opinia publiczna mają całą sprawę w nosie. Pamiętamy przecież wrzawę, jaka wybuchła, gdy Bill Clinton przyznał, że popalał, ale się nie zaciągał. Według Billa O’Reillya, ultrakonserwatywnego prezentera telewizji Fox, książka powstała nie dlatego, aby opisać rzekome zachowania nastolatka o szklanym wzroku, lecz dlatego, że Obama w ogóle jest zbyt nudny. I bądź tu mądry, jak mówią Amerykanie.

Dodajmy w tym momencie rzecz ważną: Barack Obama nigdy nie zaprzeczał, że palił trawkę. Przydomek „Barry” zarzucił, gdy rozpoczął studia w Occidental College w Los Angeles. Więcej. Podczas rozmowy w programie „The Tonight Show” znanego amerykańskiego prezentera Jaya Leno prezydent udzielił najmniej clintonowskiej ze wszystkich możliwych odpowiedzi. – O to chodziło, nie tak? – powiedział ze śmiechem. Dopiero potem nastąpił obowiązkowy w takich przypadkach sprzeciw i żal za grzechy.

Barack Obama (czwarty od prawej w dolnym rzędzie) ze swoją klasą w 1976 roku

Według kalifornijskiego weterana doradztwa politycznego Jima Rossa taka szczerość wyjaśnia, dlaczego w przypadku Obamy kwestia trawki nigdy nie była specjalnie istotna. – Jak mawiał Benjamin Franklin: „Gdy masz problem, oświetl go„. Tak właśnie zrobił dzisiejszy prezydent. Dlatego w oczach wielu Amerykanów sprawa jego biografii jest już w ogromnym stopniu zamknięta. Tej sytuacji nie zmienią zapewne żadne nowe szczegóły. Jednak książka Maranissa to lektura naprawdę sensacyjna. Nie tylko z powodu marihuany. Ale dlatego, że palacz trawki Obama z „The Story” to ktoś tak różny od palacza z autobiografii prezydenta. W tej drugiej mamy tylko zawoalowane odniesienie do Choom Gang jako klubu niezadowolonych, gdzie trawki używano po to, aby „pozbyć się owej [trudnej] tożsamości„.

Z tego, co pisze Maraniss, wynika, że członkowie Choom Gang spędzali na ubawie większość swojego czasu. Wiele ich zachowań przypomina sceny z klasycznej komedii z 2004 r. o dwu przyjaciołach „Harold and Kumar Go to White Castle„. Nie sposób jednak takim podobieństwem wyjaśniać faktu, że jedną z pierwszych nominacji do pracy w Białym Domu dostał grający Kumara Kal Penn. Jest zastępcą dyrektora w jednym z pionów.

Z książki Maranissa wynika, że Obama nie tylko palił trawkę, ale też wyznaczał własne trendy ceremoniału palenia. Przykład? Rozwinął technikę maksymalizowania kopa z każdego pociągnięcia jointa, który podczas palenia przechodzi z rąk do rąk. „Totalne wchłonięcie dymu” – w skrócie TW. Polegała ona na przetrzymywaniu dymu w płucach przez z góry określony czas, aby uzyskać pewność, że doszło do pełnego wchłonięcia przez układ krwionośny. Zbyt szybkie wypuszczenie dymu uznawano za wykroczenie karane opuszczeniem następnej kolejki.

Młody Obama miał być także pionierem techniki zwanej: głową o sufit. Zapalano skręta i szczelnie zamykano wszystkie okna. W ten sposób nie marnowano ani grama cennego dymu. Członkowie Choom Gang siedzieli w swoim busie aż do czasu, gdy wciągnęli wszystkie resztki dymu krążącego jeszcze pod sufitem. Jednak na tym nie kończył się widoczny entuzjazm Obamy wobec magicznego zioła. Maraniss twierdzi, że czasem, gdy skręt krążył od jednego do drugiego z wtajemniczonych członków klubu, obecny prezydent potrafił czasem wskakiwać poza kolejnością, krzycząc „Interecepted!„. W wolnym przekładzie: „Odbijany„. Dzięki czemu spalał więcej, niż nań przypadało. Na szczęście osobisty urok przyszłego amerykańskiego głównego sztabowca sprawiał, że nikomu to nie przeszkadzało.

Obama z kolegami z drużyny koszykówki

Tak. Jeśli wierzyć „The Story„, czas w Choom Gangu płynął wesoło i leniwie. Gdy nie było lekcji, grano w kosza. Ostro. „Pełno ciężkich fauli, gadania bzdur, skręconych kostek, zadrapań na policzkach i kolanach. Wszystko przez asfaltowe boisko„. Pływało się też na przybojowych falach na najniebezpieczniejszych plażach Hawajów. Czasami członkowie paczki wjeżdżali busem do połowy wysokości miejscowego wzgórza o nazwie Mount Tantalus.

Kryjówkę – całkiem trafnie – nazywano stacją paliwową. Tu przypalano, pito piwo i słuchano takich kapel jak Aerosmith czy Blue Öyster Cult i Steviego Wondera.

Którego wieczora coś jednak poszło nie tak. Jeden z członków paczki przyjechał małą toyotą. Chłopcy natychmiast wpadli na pomysł, aby urządzić wyścig aut – japończyk i wysłużony ogórek. Obama siedział w tym pierwszym i baczył na wszystko. W chmurze dymu z rur wydechowych ruszyli w górę wzgórza. Volkswagen dziarsko wysunął się do przodu. Nagle światła toyoty znikły z pola widzenia. Zmartwieni członkowie Choom Gang ruszyli w dół na poszukiwania. Zobaczyli słaniającego się Obamę. Musiało go bardzo boleć.

Nic tych rzeczy. Zguba śmiała się tak mocno, że ledwo trzymała się na nogach. Jego przyjaciel Russel – kierowca toyoty – jakoś wyczołgał się z przewróconego na bok samochodu. Na szczęście nikt nie ucierpiał. Jeśli nie liczyć krwawiącego nosa Russela. – Jazda nie jest dla frajerów – krzyknął za nim Obama, gdy wśród śmiechów paczka wskakiwała do busika i znikła w ciemnościach. Nieszczęsny Russel sam musiał tłumaczyć się przybyłej na miejsce policji.

Fakt, takie zabawy mogły skończyć się fatalnie. Ale czy lata spędzone w Choom Gangu istotnie były okresem dręczących „samookaleczeń” opisywanych w „Odziedziczonych marzeniach„. „Ćpun, trawiarz” – pisze Obama złowieszczo niemal na samym początku rozdziału V. „W taką właśnie stronę zmierzało moje życie. Ostatnia, fatalna rola młodego czarnego człowieka„.

Naprawdę? Odkryte przez Maranissa zdjęcia z tamtego okresu wskazują za zupełnie przeciwny stan ducha niż niezadowolenie.

Obama (prawy górny róg) i jego koledzy z drużyny koszykówki w 1979 roku.

Wszyscy opaleni, rozchełstane koszule, uśmiechy od ucha do ucha. Palce w znaku zwycięstwa i pokoju V. Przed nimi ogromny tort z okazji ukończenia szkoły. Palma ułożona z lodów i napis: „1979 – Choom Gang„. Czy tak wygląda ktoś przegrany? Życiowy rozbitek? Z lektury „The Story” wynika, że większość chłopców była w rzeczywistości „dobrymi uczniami i sportowcami, którzy później wiedli twórcze i pełne sukcesów życie jako prawnicy, autorzy oraz biznesmeni„. O prezydencie USA nie wspominając.

Łatwo wyjaśnić tę rozbieżność. Obama pisał swoją autobiografię w 1995 r. Zbyt szczere wyznania mogłyby pogrzebać jego marzenia o ewentualnej przyszłej prezydenturze. Dlaczego zatem trochę nie podgrzać dramatu – nawet jeśli się przedobrzy – i nie pokazać, że wszystkie te techniki wchłaniania i odbijania stanowiły część większego trudnego procesu poszukiwania własnej tożsamości. Maraniss pisze, że taka chęć uprzedzającego ograniczenia ewentualnych szkód mogła stanowić przyczynę innej decyzji Obamy – Ray w „Odziedziczonych marzeniach” staje się postacią na poły fikcyjną. Jej częściowym i luźnym protoplastą jest pół Japończyk – w przeciwieństwie do Murzyna – i znajomy Obamy ze szkoły średniej Keith Kakugawa. Może prezydent pamiętał wpis w księdze szkolnej i sądził, że jeśli w autobiografii nazwie swojego najlepszego przyjaciela również Ray, dziennikarze pomylą obie postacie?

Jeśli tak, to pomysł nosił znamiona geniuszu. Wystarczy tylko lekki rzut oka na prasę z okresu ukazania się autobiografii Obamy. „The Guardian” i inne tytuły wzięły Raya za Keitha. Prawdziwy Ray nie mógł zabrać głosu – lata przedtem zatłukł go młotkiem prawdopodobnie porzucony kochanek. Teraz jednak prawda i tak wychodzi na jaw.

Oto wielka ironia związana z działaniami Choom Gangu. Od czasu pierwszej publikacji „Odziedziczonych marzeń” podejście Ameryki do marihuany zmieniło się nie do poznania.

Barack Obama w 1978 roku

W wielu stanach trawa jest otwarcie dostępna. Nikogo się tam nie ściga. Ostatnie sondaże wskazują, że 56 proc. Amerykanów chce, aby ją w pełni zalegalizować, a sprzedaż obłożyć podatkiem.

Rośnie oburzenie i gniew z powodu ogromnych wydatków na walkę z meksykańskimi kartelami narkotykowymi, podczas gdy legalizacja miękkich narkotyków puściłaby dilerów z torbami dosłownie w ciągu jednej nocy. W takim kontekście wyraźnie bardzo wybiórcze i przestylizowane wyznania Baracka Obamy sprzed 17 lat są w swojej szczerości znacznie mniej śmiałe, niż były w tamtym czasie. W rzeczywistości – nieco wyrachowane. A nawet – jak mówią niektórzy – cyniczne. – To więcej niż hipokryzja. Gdyby Obamę aresztowano z przepisów, jakimi kieruje się jego administracja, odsiedziałby ciężki wyrok w pieprzonym więzieniu. A gdyby spędził choć jeden dzień w federalnym pierdlu, nie byłby prezydentem Stanów Zjednoczonych – mówi wprost Penn Jillette, libertarianin i gospodarz własnego programu telewizyjnego.

Czy takie rozumowanie nabierze wagi przed listopadowymi wyborami prezydenckimi? Pewnie nie. Wciąż jednak może stanowić nauczkę dla przyszłych kandydatów, którzy mogliby okazać się równie obezwładniająco głupi, aby dziękować swojemu dilerowi w księdze, która trafia do rąk setek kolegów ze szkolnej ławy. Po prostu: przyznaj się. Reszta nikogo nie obchodzi.

autor: Chris Ayres
tłumaczenie: Zbigniew Mach
via: PolskaTimes.pl



Dodaj szybki komentarz


  Jeżeli masz już konto Zaloguj się

Komentarze

Brak komentarzy

Polecamy: Bangla Wall