2 575 odsłon

Duży Format: Miejska maryśka

Nie będziemy czekać, aż wyratuje nas rząd – powiedział burmistrz zadłużonego miasta. I zaproponował dzierżawę ziemi pod uprawę konopi. Czemu nie – odpowiedzieli mieszkańcy

Bilet do Rasquery proszę. Kierowca autobusu puszcza oko i pociąga znacząco nosem: – A wiesz, co trzeba zrobić, żeby pozbyć się kryzysu? Rozdać ludziom marihuanę, wszyscy będą colocados. Pasażerowie pękają ze śmiechu. „Colocado” to po hiszpańsku „upalony„, ale i „ustawiony„.

Witamy w Rasquerze, miasteczku marihuany, villa cannabis, pueblo maryśki. Nie znajdziecie tu pomarańczy, chociaż rosną tuż za górami, gdzie jest cieplej, znajdziecie za to migdałowce, czereśnie i oliwki. Nie znajdziecie policji ani strażaków – trzeba po nich dzwonić do innego miasteczka. Nie znajdziecie też na razie cannabis sativa, konopi siewnych – przynajmniej oficjalnie. Znajdziecie restaurację, sklep z serami, cukiernię i 900 mieszkańców, z których 308 powiedziało w referendum „tak” marihuanie.

Autobus zajeżdża pod bar, jeden z dwóch w miasteczku. Po placyku biega pies, cisza jak makiem zasiał. Maj, a żar się z nieba leje. Nie dajcie się zmylić ciszy – to cisza po burzy.

29 lutego burmistrz trzeciego najbardziej zadłużonego miasta w Katalonii stanął przed radą miejską i powiedział: spójrzmy prawdzie w oczy, w Rasquerze jest marihuana. Tylko od nas zależy, co z tym zrobimy.

Powiedział też: nie będziemy czekać, aż wyratuje nas rząd, sami bierzmy się do dzieła. I zaproponował dzierżawę ziemi stowarzyszeniu z Barcelony pod uprawę konopi. Plantację, która przyniesie 40 nowych miejsc pracy plus centrum badań nad marihuaną, dzięki któremu Rasquera stanie się światowym punktem odniesienia.

Dlaczego nie – odpowiedzieli mieszkańcy. Dokładnie: 56 proc. z nich.

Dzwonię do urzędu miasta, żeby umówić się na rozmowę. – Proszę pani – odpowiada urzędniczka – o marihuanie nic nie wiem, mogę za to opowiedzieć o białej kozie.

Bo to koza wyjątkowa, z której rasquerianie są dumni. Zanim przetoczyło się marihuanowe tornado, to właśnie z niej słynęli, bo koza biała to jedyna kozia rasa wyhodowana na katalońskiej ziemi. Dzięki kozie, która dziś wcale biała nie jest, tylko zazwyczaj czarno lub brązowo nakrapiana, żyły i zarabiały pokolenia.

A może pomówimy o pastissets? Kolejnej miejscowej specjalności – ciastkach z nadzieniem na bazie moscatelu, które kształtem przypominają pierogi, tyle że przypieczone i posypane cukrem? Albo o lokalnym winie, wybornej oliwie z pierwszego tłoczenia lub pysznym kozim serze?

Nie, teraz przyjdzie marihuana i wszystko zmiecie – denerwuje się 22-letni Joan z baru Mart~. – Bestialstwo.

Bernat Pellissa burmistrz Rasquera

Dlaczego maryśka? – A dlaczego nie? – mówi burmistrz Bernat Pellissa, zerkając zza grubych szkieł, spod których wypełzają cienie pod oczami. Wiedział, że niezłe fandango zmalują, ale żeby dziennikarze do nich specjalnie z Korei albo Polski jechali, to już mu się w głowie nie mieści.

Pellissa, w fotelu burmistrza od dziewięciu lat, miał na Rasquerę ekopomysł. Przemysłu tu nie ma, są lasy, góry i rzeki. Stawiał więc na agroturystykę, lokalne produkty. Plus politykę leśną, bo już im podczas suszy w latach 90. o mały włos wszystkie lasy nie spłonęły. Atomowi i sprzedaży krajobrazu, prywaciarzom mówił nie, chociaż tak ciągną inne miasteczka z regionu. Inwestował, ale długi rosły.

Jestem z nich dumny – mówi – bo każde euro widać na ulicy. Kiedy obejmował urząd, w Rasquerze były drogi do wyasfaltowania. Internet dopiero trzy lata temu podłączyli. Zainstalował centralne ogrzewanie w szkole, postawił fontannę, restauruje stare miasto. Niezbędne, jak mówi, inwestycje. Jak basen – czy można sobie wyobrazić, że byli ostatnim miastem w powiecie bez basenu?

Basen to konieczność? – pytam.

Oczywiście! Kto by tu przyjechał w sierpniu, gdy nie ma się gdzie wykąpać? W Hiszpanii to nie przejdzie.

Dług sięgnął 1,3 mln euro. Burmistrz przestał nawet pobierać pensję, żeby mieć z czego zapłacić współpracownikom. Więc kiedy przyjechali do niego ze stowarzyszenia z Barcelony – wysłuchał, przemyślał i powiedział: dlaczego nie.

Tak powstał najgłośniejszy plan antykryzysowy, o którym słyszała Europa.

Kiedy w Rasquerze płonęły lasy, w Barcelonie i innych miastach Hiszpanii też zaczęło się dymić, tyle że w prywatnych klubach palaczy marihuany. Dziś jest ich 500, najwięcej w Katalonii i Kraju Basków. Bo prawo w Hiszpanii jest, jak w wielu krajach, dziurawe. Konsumować marihuanę można, byle nie w miejscach publicznych. Za zamkniętymi drzwiami i prywatnie – proszę bardzo, byle wszyscy byli pełnoletni.

Ledwo przekraczam próg barcelońskiego stowarzyszenia ABCDA, które chce dzierżawić ziemię w Rasquerze, a już każą mi wyjść („To prywatny klub„) i odsyłają do prawnika. Udaje mi się tylko dojrzeć zadymioną kanciapę, paru czarnoskórych facetów z dredami i dwoje pracowników wpatrzonych w ekrany komputerów. – Szum medialny wokół projektu trochę ich przerósł – tłumaczy adwokat Oriol Casals z biura DMT Advocats, które współpracuje z „ruchem cannabijskim„.

Na rozmowę zgadza się położony o 15 minut spacerem klub Airam. Z przaśnego lokalu trafiam do designerskiej przestrzeni z jazzem i świeżymi sokami (bez dodatku marihuany). Są tu adwokaci, artyści, młodzież i starsi, cały przekrój społeczny, choć Airam, które chce przełamywać rastafariańskie stereotypy, stawia przede wszystkim na członków chic.

Co muszę zrobić, żeby zostać członkinią? – pytam Ester Salmerón, rzeczniczkę klubu.

Mieć 21 lat, być poleconą przez innego członka albo mieć wskazania medyczne, co potwierdzi klubowy lekarz, i płacić co roku składkę 20 euro.

Dzięki temu uzyskam dostęp nie tylko do pierwszorzędnej marihuany (za dodatkową opłatą), ale i porad lekarza, a nawet lekcji angielskiego, pilatesu i warsztatów z coachingu dla aktorów. – Jesteśmy klubem, nie szukamy ludzi, którzy przychodzą po prostu palić skręty – podkreśla Ester.

Jest legalnie, higienicznie i poprawnie aż do bólu – nawet żeby wejść do środka na wywiad, trzeba wypełnić stertę papierów. Kluby działają jednak w prawnej próżni. „Wychodząc, schowaj intymną przyjaciółkę w miejscu intymnym” – ostrzega plakat z rysunkiem fioletowych slipek, bo zdarza się, że policja przeszukuje kieszenie wychodzących. To samo z plantacjami. Choć stowarzyszenia są oficjalnie zarejestrowane, marihuanę uprawiają po kryjomu. Bo ile można posadzić marihuany na użytek własny lub klubu – nie wiadomo, wiadomo tylko, że nie może być na sprzedaż ani dla osób trzecich.

Plantacja w Rasquerze to nic nowego – zapewnia Ester. – Uprawy są wszędzie. W końcu stowarzyszenie takie jak Airam, które ma 9 tysięcy członków, materiał skądś brać musi. Nowością jest tylko to, że znalazł się polityk, który nie udaje, że ich nie ma.

Mieszkanka Rasquery z kartą do głosowania w referendum

Zanim rasquerianie ruszyli do domu kultury na referendum, w miasteczku odbyła się konopiana agora. Emeryci, rolnicy, urzędnicy, bezrobotni i młodzi dyskutowali i poznawali właściwości cannabis sativa, która niedługo może wyrosnąć im pod nosem. Spotkali się z lekarzem, wysłuchali osobistych opowieści. Konsumentka opowiadała, jak marihuana łagodzi jej bóle miesiączkowe, księgarz mówił o przyjemności palenia, a chory psychicznie, że przed snem pije mleko z marihuaną na uspokojenie.

A potem był dzień głosowania i jakby tornado przez miasto przeszło. Zjechali się dziennikarze z Korei, USA, Rosji, nawet Al-Dżazira przyjechała nad rzekę Ebro. Imię Rasquery cztery razy obiegło świat, choć wcześniej o jej istnieniu pies z kulawą nogą nie wiedział. Nawet na swoich ciastkach pisali: „Pastissets z Tortosy„, bo Tortosę to przynajmniej ludzie w Hiszpanii kojarzą.

Cieszy się Sonia Benaiges ze spółdzielni rolniczej Santo Domingo. Dobrze, że o nich mówią, nawet jakby mieli mówić źle. Coraz mniej oliwy sprzedają, a teraz będzie reklama. Cieszy się właścicielka cukierni Piol Puig, bo jak ma być zysk dla miasteczka, to ona jest za. Cieszy się Domingo, budowlaniec, bo chociaż kiedyś żył jak król, już dwa lata jest bez pracy, a może będą ludzi do uprawy szukać.

Inni się denerwują, że z nich małpy robią. Zwłaszcza odkąd przyjechała ta łajza w czerwonej miniówie z Telecinco, krwiożerczej telewizji rodem z Almodóvara, wpakowała się jednemu z mikrofonem na traktor i nie chciała zleźć, księdza prowokowała, aż ją w zakrystii zamknął. Denerwuje się Joan z baru Mart~, że wszystkim się Rasquera będzie kojarzyć z marychą, jakby praca pokoleń, żeby miasteczku zapewnić dobre imię, na marne poszła. Denerwuje się szef opozycji, bo dziennikarka z Polski do niego dzwoni w tak absurdalnej sprawie.

Gdzie ma być plantacja, to tajemnica ukrywana lepiej niż miejsce niedawno odkrytych prehistorycznych malowideł, które UNESCO strzeże przed turystami. Wiadomo, że w sumie to 7,5 hektara, że będą dwie szklarnie, supernowoczesne ogrodzenie i ochrona. Dług ma się zwrócić w dwa lata, będą pieniądze na ochronę lasów, znajdzie się praca dla ludzi. Urząd miasta powołał firmę zarządzającą marihuanowym projektem i centrum badań nad leczniczymi właściwościami konopi.

Świetlana przyszłość maluje się przed Rasquerą, tylko nie wiadomo, czy plantacja powstanie. Jak tylko w referendum zapadła decyzja na tak, na projekt siadła prokuratura. Temat jest śliski, co prawnik, to opinia. Są wątpliwości: kto ma transportować zioło, żeby nie zaistniał przerzut? Jak zagwarantować, że 2,5 hektara konopi to tylko dla prywatnego użytku? I czy urząd miasta ma prawo się bogacić na uprawie narkotyków? Miasteczko żyje w zawieszeniu.

Placyk przy fontannie, który codziennie okupuje starszyzna Rasquery

Rada starszych, która co dzień okupuje placyk przy fontannie, na wieść, że ma do czynienia z kolejną dziennikarką, zasępia się i zapada w ostentacyjne milczenie. Jeden z reprezentantów decyduje się w końcu przemówić. Z kieszeni wyciąga pożółkłą książkę z kowbojem na okładce.

O Dzikim Zachodzie. Proszę czytać.

Odkąd zobaczyłem uzależnionych od marihuany, nie mogę spać” – mówi bohater. – Ja też nie mogę – mówi reprezentant, otwierając szeroko zaskakująco błękitne oczy – Niby mówią, że to ziele lecznicze, ale przecież i narkotyk, a ja narkotykom się sprzeciwiam. Mam synową z Kolumbii, to wiem, co mówię. Ale jak sąd powie, że to legalne, to gęba na kłódkę. Góra rządzi.

Juanita i jej trzy 80-letnie siostry głosowały za. Chociaż ona o marihuanie dowiedziała się dopiero z telewizji, bo z domu prawie nie wychodzi, siedzi w salonie otoczona wypchanymi zwierzątkami, co je jeszcze mąż nieboszczyk upolował.

W telewizji mówią, że szkodliwe to jest dopiero to białe, co się w żyłę wstrzykuje. A jak zaczęło się zamieszanie w Rasquerze, zadzwonił lekarz, który leczył teścia jej syna, jak miał raka, i powiedział, że dla chorych marihuana jest dobra.

O wnuki się pani nie boi? – prowokuję. – Ci, co mają palić, palić będą, będzie ta plantacja czy nie. Gorsze dla młodych od palenia bezrobocie.

Palił pan kiedyś? – pytam faceta w barze, na oko 60 lat. – Podobno w wojsku się paliło, ale ja się tam pić nauczyłem – mówi. Jest za plantacją, bo może praca się znajdzie. Marihuany nie zna, ale niech każdy robi, co chce, w końcu trzydzieści parę lat żyjemy w demokracji. Pamięta z dzieciństwa, jak przechodziła Guardia Civil, a wszyscy dreszczy dostawali. Poza tym może miasteczko się trochę rozrusza. Kiedyś jak grała Barça, w barze był tłum, teraz cztery osoby. Ludzie wolą 5 euro zaoszczędzić, zamiast piwko strzelić.

Z tym się zgadza placykowa rada: – Rolnicy ledwo koniec z końcem wiążą. Ludzie nie kupują oliwy jak kiedyś, wybierają taką z supermarketu, bo tańsza, jakąś chemią się trują. 20 lat temu litr oliwy sprzedawało się za więcej niż teraz. To samo z winem. Ludziska wolą się piwa napić, nie to, co kiedyś, do obiadu litr schodził. Mówi się, że kryzys najpierw widać w stolicy, a jak już dotrze do miasteczek, to bardzo źle jest.

Burmistrz się denerwuje, jak go pytają, czy nie było mniej kontrowersyjnego planu antykryzysowego. – Nie „kontrowersyjnego”, ale innowacyjnego – poprawia. – Plantacje są i tak – mówi.

W samej Katalonii na czarnym rynku krąży co najmniej 15 milionów euro miesięcznie. Skoro są zyski, dlaczego nie przekierować ich z pożytkiem dla społeczeństwa? Żeby było jasne – on żadnej propagandy nie uprawia. Dzieci do 20. roku życia trzeba kontrolować. A kontrolować łatwiej, kiedy się sprawy ureguluje, a nie, jak teraz, na dziko uprawia.

A pan konsumuje? – pytam.

Nie wyznam nigdy w gazecie, że palę od 20 lat, ale też nie ukrywam. Zresztą w miasteczku, w którym mieszka 900 osób, wszystko o sobie wiemy. Poza tym, proszę pani, popalać skręty w Hiszpanii to zwyczaj co najmniej normalny.

Widać to w słowniku. – Jak się mówi na sprzedawcę narkotyków po polsku? – pyta mnie prawnik Oriol Casals w biurze w modernistycznej kamienicy w centrum Barcelony. – Diler? Zimno, bezosobowo. A u nas swojsko: „Wielbłąd”. Wielbłąd to znak intymnego związku Hiszpanii z cannabis, tak bliskiego, jak bliskie są sobie brzegi Półwyspu i Afryki Północnej. To z Maghrebu, z hiszpańskich kolonii, przenikał tu zwyczaj palenia skrętów. Rekruci i legioniści poznawali od Berberów smak haszu, a potem szmuglowali go do Hiszpanii. Stąd wzięły się „wielbłądy” – pierwsi dilerzy często wywodzili się z oddziału Legii Cudzoziemskiej, który symbol wielbłąda nosił w klapie.

Ale dlaczego mówić tylko o Afryce, rolnicza, nasłoneczniona Hiszpania też jest oswojona z tematem. Od niepamiętnych czasów uprawiało się tu konopie – na włókno i liny, ale czy przy okazji ktoś sobie czasem nie zapalił? Podobno w Rasquerze jest 101-letnia pani, która pamięta skręty z czasów młodości – mówi Oriol – ale może to tylko miasteczkowa legenda.

Jeśli ktoś coś wie na ten temat, to 22-letnia Amparo Benaiges, która w koszulce z napisem „I (listek marihuany w kształcie serca) Rasquera” – produkcie sprytnej katalońskiej firmy, która w referendum zwęszyła okazję do biznesu – obsługuje klientów w barze De Baix należącym do jej rodziców. – Jestem za marihuaną! Jak w coś wierzę, to do śmierci.

A starsi w Rasquerze palą? – podpytuję.

Nikt się otwarcie nie przyzna. Ale są tacy, co lubią sobie skręta zapalić na święcie miasta albo w sylwestra. Ja palę parę skrętów w tygodniu, żeby się zrelaksować, na koncertach, jak dostaję okres. Hoduję dwie roślinki na tarasie, a jak mi zabraknie, uderzam na czarny rynek, czyli do koleżanki. Takich, co sprzedają, jest u nas nie jedna i nie dwie. I tak w każdym miasteczku. Bo taki to i z nas wesołkowaty kraj! Do Anglii jadą ludzie zwiedzać muzea, a u nas co się robi? Imprezuje.

Proszę nie robić z Hiszpanii i Rasquery jakiejś europejskiej Kolumbii – ochrzania mnie Bernard Farnós, szef rasqueriańskiej opozycji z konserwatywnej partii Convergencia i Unió. Irytuje się, kiedy przytaczam statystyki mówiące, że konsumpcja marihuany w Hiszpanii zalicza się do najwyższych w Europie. – W całej Europie są przecież ludzie, którzy palą i piją, i nikt się tym nie bulwersuje, prawda? Opozycja nie jest przeciw marihuanie. Nawet w szpitalach podaje się leki na jej bazie. Tylko że ta plantacja to kiepski projekt. Humbug. Po hiszpańsku mówi się, nomen omen: sprzedawać dym. – Szkoda, po prostu szkoda, że Rasquera nie będzie znana w świecie ze swoich wybitnych pastissets.

Pastissets - miejscowa specjalność

A może pastissets z marihuaną? Krążą już plotki, że cukiernie szykują się do ich produkcji. – Bzdura – zaśmiewają się w Piol Puig. – Marihuana jest dla Barcelony, my jej tu nawet nie zobaczymy. Będzie ochrona, kamery. Przecież będziemy świecić twarzą przed całym światem. W głosie właścicielki pobrzmiewa legendarny kataloński seny – rozsądek i rzeczowość. – Byle było legalnie. Uprawa jak każda inna, a peseta to peseta.

Po placyku biega pies, niebo się chmurzy, a Rasquera się wycisza. Teraz niech się głowią Baskowie, którzy się w swoim parlamencie dogadują, jak uregulować plantacje dla klubów. Co będzie w miasteczku, nie wie nikt. Nie wiadomo, co z plantacją, nie wiadomo, co z burmistrzem, który miał się podać do dymisji, jeśli w referendum wynik będzie niższy niż 75 proc.

Na razie jest dumny, że 70 proc. mieszkańców wzięło udział w referendum. Prawdziwa demokracja – nie na Plaza del Sol ani w centrum Barcelony, ale w małej Rasquerze. – Gdybyśmy teraz zarzucili projekt, to bylibyśmy jak ten, co płynie i płynie, a potem kapituluje przy samym brzegu – mówi. Ale musi już lecieć. Teraz się trzeba szykować na majowe święto kozy. Zjedzie się parę tysięcy ludzi, pasterze ze stadami. Marihuana marihuaną, ale są pilniejsze sprawy.

Zagaduję starszyznę zgromadzoną na placyku. – Teraz rozmawiamy o czereśniach i migdałach. Bo się zbliżają zbiory. A jak spadnie deszcz, to się zrobi ciapa, będzie klapa i dobranoc wszystkim. I proszę się spieszyć, bo autobus ucieknie. Następny dopiero w poniedziałek.

autor: Aleksandra Lipczak
via: Duży Format – Gazeta Wyborcza



Dodaj szybki komentarz


  Jeżeli masz już konto Zaloguj się

Komentarze

Brak komentarzy

Polecamy: Bangla Wall