13 775 odsłon

Newsweek: Marihuana. Cudowny lek ziołowy

Na legalizacji marihuany najbardziej zależy ludziom chorym na raka i stwardnienie rozsiane.

W Ameryce zawrzało. Barack Obama, który jeszcze w 2008 roku podczas kampanii wyborczej przedstawiał się jako zwolennik liberalizacji przepisów o stosowaniu marihuany, dziś zmienia front. Agendy rządowe nękają firmy zajmujące się dystrybucją narkotyku. W ciągu pierwszych trzech lat rządów Obamy przeprowadzono ponad sto takich nalotów – podaje amerykańskie czasopismo „Rolling Stone”.

Nie byłoby w tym nic zaskakującego – przecież marihuana uzależnia – gdyby nie fakt, że firmy te mają pozwolenie na obrót narkotykiem. W 16 stanach Ameryki palenie marihuany w celach leczniczych jest całkowicie legalne. Trzeba mieć tylko zezwolenie.

Dla setek tysięcy pacjentów, dla chorych często w terminalnych stadiach ciężkich schorzeń ograniczenie dostępu do marihuany brzmi niemal jak wyrok. Oto liberalna w kwestii stosowania marihuany Ameryka wprowadza restrykcje, np. w Massachusetts mandat do stu dolarów musi zapłacić osoba chora przyłapana z małą dawką narkotyku. Co zatem czeka chorych? Szczególnie pełni obaw są pacjenci w Europie. Tutaj zazwyczaj nie tylko jest zabronione palenie trawy, lecz także poważnie ograniczony dostęp do legalnie zarejestrowanych leków zawierających kanabinoidy, czyli substancje psychotropowe obecne w marihuanie.

A stworzono już co najmniej dwa takie leki. Przeznaczone są dla chorych na raka, u których hamują nudności wywołane chemioterapią i uśmierzają ból nowotworowy. Przydają się też chorym na stwardnienie rozsiane (SM), bo łagodzą ból, a także zmniejszają sztywność mięśni. – Dzięki skrętom mogę nieco sprawniej się poruszać i bez problemu przespać noc – zapewnia dwudziestoparolatek chory na SM.

Naukowcom wydawało się, że zarejestrowanie pierwszych leków kanabinoidowych i dowiedzenie ich skuteczności w leczeniu chorych na raka i SM to początek medycznej kariery marihuany. – Dopiero zaczynamy poznawać mechanizm działania kanabinoidów. Może się więc okazać, że lista chorób, w którym są one przydatne, jest niezwykle długa – mówi dr Jerzy Jarosz z warszawskiego Centrum Onkologii, od lat zajmujący się leczeniem bólu nowotworowego.

Receptory kanabinoidowe (to wypustki na komórkach, do których mogą się przyłączyć te substancje psychotropowe i w ten sposób wpływać na pracę komórki) znaleziono niemal we wszystkich częściach naszego ciała. Dowiedziono, że ich zablokowanie działa relaksująco na komórkę, a tym samym na cały narząd czy tkankę.

Naukowcy odkryli również, że kanabinoidy stymulują układ odpornościowy do walki z infekcjami i niektórymi odmianami raka. Skuteczność aktywnych składników marihuany wykazano wstępnie w leczeniu glejaka, jednego z najbardziej śmiertelnych typów guza mózgu. Być może związki te okażą się przydatne w leczeniu miażdżycy i padaczki. Może też – o czym czytamy w „American Journal of Pathology” – będą stosowane u chorych na cukrzycę, by nie dopuścić do grożącej ślepotą retinopatii.

Z kolei dr Jarosz prowadzi właśnie testy kliniczne, które mają ocenić przydatność w leczeniu chorych na raka jednego z leków zawierających wyciąg z marihuany. Badanie objęło pacjentów, którzy dostają przeciwbólowe opioidy. Wstępne wyniki dr Jarosz już ma. – Wszyscy chorzy zapytani, czy dalej chcą dostawać kanabinoidy, jednogłośnie potwierdzili. Wszyscy uznali, że dzięki nim czują się lepiej – mówi dr Jarosz. Więcej szczegółów nie może podać, bo badanie trwa. Dodaje tylko, że nie jest to terapia, którą można by nazwać rewolucyjną czy rewelacyjną, ale na pewno bardzo pomaga pacjentom. Łagodnie wspomaga leczenie.

Doktor Jarosz ma więc nadzieję, że uda się zarejestrować kanabinoidy również u nas. Na przykład w Czechach są one nawet refundowane. Chciałby także, by pacjenci w Polsce mogli je otrzymywać bez trudu, bo na razie dostają je tylko wtedy, gdy zostaną objęci takim badaniem klinicznym, jakie prowadzi m.in. jego ośrodek. Albo – nielegalnie – palą trawkę, którą sami wyhodują.

W Polsce bowiem żaden z leków stworzonych na bazie konopi indyjskich nie został dopuszczony do obrotu. Można je co prawda legalnie zamówić dla konkretnego chorego na tzw. import docelowy, ale tylko w teorii. – W Polsce jest taki bałagan prawny, że lekarze nie chcą sprowadzać tych leków na import docelowy. Po co mają się narażać? Przecież po czymś takim nie mieliby łatwego życia: albo staliby się bohaterami Ruchu Palikota, albo zostali uznani za przestępców, którzy namawiają ludzi do nałogu – mówi dr Jarosz. I tak źle, i tak niedobrze.

Na bałaganie wokół narkotyków tracą zatem pacjenci, i to przede wszystkim najciężej chorzy. Nie mogą dostać leku, który kilka lat temu został uznany przez medycynę za skuteczny, a kolejne badania tylko potwierdzają jego efektywność. – Co gorsza, dyskusje polityków sprawiają, że się stygmatyzuje kolejną po opioidach substancję. Obawiam się, że nawet gdy lek zostanie zarejestrowany, chorzy będą odnosili korzyść z terapii, ale zostaną napiętnowani jako narkomani – martwi się dr Jarosz. A nie o to przecież chodzi zarówno naukowcom, jak i lekarzom.

autor: Dorota Romanowska
współpraca: Tomasz Deptuła
via: Newsweek.PL



Dodaj szybki komentarz


  Jeżeli masz już konto Zaloguj się

Komentarzy: 3

  1. avatar
    Katia

    October 18th This article makes such an itinresetng point – and so useful that it is aired here at an early stage in the life of travelllll.com. The question about the level of trust readers dare place in travel writing is not so much a function of whether an article appears online or in traditional media. It is far too simple to say (and we know you do not say this, Andy) that “traditional media = advertorial” and “blog = words by an independent, freethinking spirit, whose palm has surely never been greased by a PR company.”Trust, faith in an author, faith in his or her writing, is a hard-won prize. There is a generation of travel writers in Britain, the US and elsewhere who have thrown in their lot with the travel industry. They have become its handmaidens, even its slaves. Even if they have never accepted a cent of financial support from a Tourist Board or PR agency, they have adopted the promotional language of the travel industry.We see this very frequently in our work as editors. We edit a travel magazine that is inundated by submissions from would-be writers. Sadly we can accept very few of those submissions – less than one per cent for space is tight. But the troubling issue for us as we read these texts is that too many submissions are couched in a style that is instantly recognisable as imitative of the promotional style that features in the travel pages of the UK print media. Even potentially very good authors have been seduced by the advertorial standard and genuinely believe that this is the universally accepted gold-standard for good travel writing. Authors must dare to step outside the box. The travel industry’s perverse values, its world of glitz and gloss, its 5-star experiences and its need to create envy and amazement as though these were everyday commodities have conspired to poison the prose of too many writers. And that’s as true of authors who write for online audiences as for those who target the print media.The writers whose work is noted, the ones whose writing might still be read with affection and amusement a few years hence, are the ones who can escape from the shrill crescendo of hype that surrounds the promotional side of the travel industry. Whether it be in print or as an online blog, this basic principle still surely prevails.Susanne Kries and Nicky Gardner editors / hidden europe magazine

  2. avatar
    Samantha

    Ted, I am so impressed by your work with this blog, and the poohts are of special interest. I need to hire you for some digital photography instruction, because I can never get such amazing stuff at Merlefest. Perhaps my laziness has something to do with that, but I would at least treat you to coffee and a great meal in Aiken, SC, for a few pointers. BTW, the Aiken Bluegrass Festival runs May 12 and 14 in this beautiful city.

  3. avatar
    Patro

    Niech już przestaną pierdzielić o tej narkomanii,wprowadzić w obrót i tyle nie zważając na opinie przeciwników tego specyfiku .

Polecamy: Bangla Wall