9 047 odsłon

Legalizacja narkotyków jedynym wyjściem

Tak wygląda spakowane 26 milionów dolarów skonfiskowane meksykańskim kartelom narkotykowym

Złapanie jednego przestępcy narkotykowego kosztuje polskiego podatnika prawie 700 tys. zł. Może zamiast wydawać takie kwoty, warto zastanowić się nad stopniową legalizacją narkotyków.

Stany Zjednoczone obchodziły niedawno 40. rocznicę rozpoczęcia walki z przemysłem narkotykowym. 17 lipca 1971 roku prezydent Richard Nixon, odpowiadając na obawy obywateli przed rosnącą popularnością marihuany wśród hipisów i heroiny u weteranów z Wietnamu, wypowiedział narkotykom wojnę (War on Drugs). Z czasem przystąpiły do niej prawie wszystkie państwa świata. Jednak fety, choćby skromnej, w Waszyngtonie nie było. Tuż przed rocznicą bowiem Amerykanie dostali od Światowej Komisji ds. Polityki Narkotykowej niezbyt miły prezent w postaci raportu z analizą rynku narkotyków. Gremium, w skład którego wchodzą między innymi były sekretarz generalny ONZ Kofi Annan oraz były sekretarz stanu USA George Shultz i były prezydent Kolumbii César Gaviria, skwitowało czterdziestoletnią kampanię krótko: „Światowa wojna z narkotykami poniosła klęskę”. Po 40 latach rynek ma się lepiej niż kiedykolwiek.

Przychody narkotykowych gangsterów przekraczają już 350 mld dolarów (w Polsce 500-600 mln dolarów). To gigantyczna suma, porównywalna z wartością globalnej sprzedaży telefonów komórkowych i trzy razy większa niż wartość rynku telewizorów. O potencjale finansowym karteli świadczy fakt, że w 2008 roku, w krytycznym momencie kryzysu, to mafie narkotykowe wpompowały w komercyjne banki miliardy dolarów. – Są przesłanki, by sądzić, że niektóre banki zostały w ten sposób uratowane – mówi Antonio Maria Costa, ówczesny szef biura ONZ ds. narkotyków i przestępczości (UNODC). To zadziwiające, biorąc pod uwagę, że w przeciwieństwie do producentów elektroniki, samochodów i innych legalnych towarów, wytwórcy i handlarze narkotyków, a także ich klienci są konsekwentnie zwalczani przez prawie wszystkie rządy świata.

Richard Nixon - prezydent Stanów Zjednoczonych w latach 1969-1974

Źródeł globalnej narkotykowej prohibicji trzeba szukać pod koniec XIX w. Stany Zjednoczone, raczkujące jeszcze wtedy mocarstwo, próbowały ograniczyć wpływy gasnącego imperium brytyjskiego. Jednym z frontów były Chiny. Brytyjczykom udało się w XIX wieku zdominować je między innymi dlatego, że zalali ten kraj swoim tanim, produkowanym w Indiach opium i uzależnili od palenia 40 mln Chińczyków. Chcąc osłabić Wielką Brytanię, Amerykanie uderzyli w handel opium. W 1909 r. doprowadzili do zwołania w Szanghaju pierwszej międzynarodowej konferencji antynarkotykowej, a dwa lata później do podpisania traktatu ograniczającego swobodę handlu i produkcji opium. Tak narodziła się międzynarodowa polityka antynarkotykowa, a Amerykanie stali się jej liderem. Deklaracja Richarda Nixona sprzed 40 lat tylko to potwierdziła.

Prezydent Nixon przyjął proste założenie, że najlepszym sposobem walki ze skutkami zażywania narkotyków, czyli kosztami opieki zdrowotnej nad uzależnionymi, rozpadem rodzin i przestępczością, jest likwidacja przemysłu narkotykowego. Stworzył nowe, bardziej radykalne przepisy i zaczął pompować pieniądze w służby antynarkotykowe. W 1971 roku budżet federalnego biura ds. narkotyków i przestępczości wynosił 100 mln dolarów. W tym roku USA wydadzą na ściganie narkotykowych gangsterów cztery tysiące (sic!) razy więcej, czyli 40 mld dolarów. Światowe wydatki na walkę z produkcją i handlem narkotykami sięgają 80 mld dolarów rocznie (w Polsce około 30 mln dol.). Czyli równowartość ok. 23 proc. wartości samego rynku narkotyków!

Nagi mężczyzna powieszony na autostradzie pomiędzy Rosarito a Tijuaną, kolejna ofiara meksykańskiej wojny narkotykowej

Przy tak astronomicznych sumach można by oczekiwać imponujacych efektów. I rzeczywiście są spektakularne, choć nie zawsze takie, jak oczekują prowadzący krucjatę. W ostatniej dekadzie w wojnach toczonych przez rządy USA, Kolumbii, Meksyku czy Peru z mafią narkotykową, a także w wyniku walk o rynek między kartelami zginęło ponad sto tysięcy osób. To mniej więcej tyle, ile w czasie ostatniej wojny w Jugosławii. W samym Meksyku 30 tys. ludzi. Prezydent Meksyku Felipe Calderón przyznaje, że przynajmniej 3 tys. z nich to przypadkowi ludzie albo policjanci.

Drugim mierzalnym wskaźnikiem skuteczności policji jest liczba osób odpowiadających za przestępstwa przeciwko przepisom antynarkotykowym. Według różnych szacunków policje antynarkotykowe na całym świecie zatrzymują rocznie 5-7 mln ludzi, spośród których 1,5 mln trafia za kratki. Wypada średnio siedmiu przestępców na każdego z dwustu tysięcy ludzi zatrudnionych w organach ścigania, wymiarze sprawiedliwości i więziennictwie. Sukces? Niezupełnie. Problem w tym, że choć czasem do więzienia trafiają gangsterzy czy chemicy produkujący amfetaminę i jej pochodne, to najczęściej skazywani są plantatorzy konopi indyjskich albo nieszkodliwi palacze marihuany przyłapani na posiadaniu.

Widać to doskonale na przykładzie Polski. W 2001 roku zaczęły u nas obowiązywać przepisy przewidujące nawet trzy lata więzienia za posiadanie marihuany. Z ankiety przeprowadzonej przez Ewelinę Kuźmicz z Instytutu Spraw Publicznych wśród policjantów, prokuratorów i kuratorów sądowych wynika, że ponad połowa z nich uznaje te przepisy za bezużyteczne w walce z biznesem narkotykowym. Dlaczego? Otóż jak ustalił prof. Krzysztof Krajewski z katedry kryminologii UJ aż 95 procent spraw o przestępstwa narkotykowe, które zakończyły się wyrokiem skazującym, dotyczyło posiadania niewielkich ilości marihuany. Kary za posiadanie lub handel kokainą albo heroiną to w Polsce rzadkość. Dlatego jednostkowe koszty karania handlarzy narkotykami są bardzo wysokie. Według Eweliny Kuźmicz złapanie i ukaranie jednego narkotykowego przestępcy (diler, importer) kosztuje prawie 700 tys. zł. Warto wydawać te pieniądze?

Joaquín Guzmán Loera alias El Chapo - meksykański boss narkotykowy, według Forbesa posiada majątek wyceniany na 1 mld dol.

Raporty UNODC pokazują, że mimo gigantycznych nakładów na zwalczanie narkotyków w ostatnich latach rośnie globalna produkcja amfetaminy, metaamfetaminy i pochodnych. Nieźle trzymają się też producenci marihuany i haszyszu, choć tu o dokładniejsze dane trudniej, bo rynek jest niebywale rozdrobniony. Owszem, w dół ostro poszła produkcja opium i w ślad za nim heroiny, ale nie dlatego, że policje narkotykowe osiągnęły spektakularne sukcesy. Powodem było załamanie produkcji u światowego lidera, czyli Afganistanu, gdzie w ubiegłym roku epidemia chorób roślin zmniejszyła zbiory prawie o połowę. Afgańczycy w tym roku odbudowują plantacje. Zmienia się układ sił na rynku kokainy. Raporty UNODC potwierdzają spadek areału upraw w Kolumbii. Tyle że gangsterzy przenoszą się do Boliwii i Peru, gdzie liczba plantacji rośnie. Mimo nieustannej presji ze strony rządów kwitnie handel narkotykowy, a dystrybutorzy czerpią z niego miliardowe zyski, osiągając marże na poziomie 2-3 tys. procent. Nieuchwytny meksykański boss narkotykowy El Chapo trafił nawet w ubiegłym roku na listę ludzi najbogatszych na świecie „Forbesa” z majątkiem wycenianym na 1 mld dol.

Jednak koronnym dowodem na fiasko niezwykle kosztownej prohibicji narkotykowej jest liczba osób je zażywających. W 1998 r. kraje ONZ przyjęły dziesięcioletni program nasilenia kontroli i ograniczania rynku. I w ciągu tych dziesięciu lat liczba użytkowników narkotyków wzrosła ze 185 do 272 mln (według najbardziej pesymistycznych szacunków). Palaczy opium i zażywających heroinę przybyło 35 proc., wciągających kokainę 27 proc. Marihuana powiększyła zasięg o 8,5 proc. Trudno o bardziej dobitne dowody porażki w narkotykowej wojnie.

Nic dziwnego, że zniechęceni ogromnymi kosztami wojen narkotykowych prezydenci Meksyku Felipe Calderón i Kolumbii Juan Manuel Santos, którzy jeszcze niedawno forsowali bezwzględne metody walki z narkobiznesem, zaczęli rozważać zmianę strategii. – Trzeba porozmawiać o alternatywie – przyznał niedawno Santos.

Zdaniem wielu ekspertów pierwszym krokiem powinno być zróżnicowanie podejścia do poszczególnych narkotyków. Kokaina i heroina to środki silnie uzależniające i zajmują czołowe pozycje na liście niebezpiecznych dla zdrowia substancji odurzających opracowanej w 2007 roku na zlecenie prestiżowego miesięcznika medycznego „Lancet”. Ale już nie marihuana – też szkodliwa, lecz bezpieczniejsza dla zdrowia niż powszechnie dostępne papierosy czy alkohol.

Stopniowa legalizacja narkotyków i przejęcie kontroli nad wartym setki miliardów dolarów rynkiem od organizacji przestępczych przez rządy byłyby mniejszym złem niż dalsze próby bezwzględnego stosowania obecnego surowego prawa. Po pierwsze, liberalizacja przepisów stopniowo odcinałaby od pieniędzy gangi narkotykowe. Dziś, jak przypomina Jack Cole, były tajny agent narkotykowy, a obecnie szef amerykańskiej pozarządowej organizacji Law Enforcement Against Prohibition (Stróże Prawa Przeciwko Prohibicji), to restrykcyjne prawo kreuje mafię narkotykową. Zakaz dystrybucji nielegalnego towaru winduje jego ceny do absurdalnych poziomów. W USA gram dobrej jakościowo kokainy kosztuje więcej niż gram złota (w Kolumbii 2-3 dolary). Liberalizacja przepisów i wpuszczenie na rynek legalnych narkotykowych przedsiębiorstw nie wyeliminowałyby gangsterów z rynku, bo mafie działają także na legalnym rynku alkoholu czy papierosów, ale ograniczyłyby ich wpływy. Poza tym uwolnienie rynku i spadek ryzyka handlowego doprowadziłyby do spadku cen detalicznych. Przyniosłoby to ulgę rodzinom osób uzależnionych.

Po drugie, zmniejszyłaby się asymetria w podziale zysków z narkotyków między producentów i dystrybutorów. Dziś do kieszeni afgańskich wieśniaków produkujących opium czy peruwiańskich plantatorów koki trafia średnio 1 proc. przychodów ze sprzedaży wyprodukowanych przez nich półproduktów. Gdyby przyjąć, że tak jak na rynku tytoniu plantatorzy z krajów Trzeciego Świata zatrzymają dla siebie 10 proc. ceny finalnej, to na podstawie statystyk UNODC można szacować, że przychody Afgańczyków z samej produkcji opium wzrosną z niespełna miliarda dolarów do 10 mld dolarów (przy produkcie krajowym na poziomie 29 mld dolarów w 2010 roku), a Kolumbijczycy zarobią na kokainie nie 1,8 mld dolarów jak dziś, tylko prawie 20 mld dolarów. Legalizacja narkotyków przyniosłaby poprawę sytuacji ekonomicznej tysięcy ludzi, którzy dziś żyją w nędzy wyzyskiwani przez mafie i dla których uprawa opium czy koki jest jedynym sposobem na utrzymanie.

A korzyści dla krajów odbiorców? – Kontrolowany obrót narkotykami miałby jeden cel: zmniejszenie szkód zdrowotnych – mówi Mateusz Klinowski, adiunkt na Wydziale Prawa UJ, ekspert Polskiej Sieci ds. Polityki Narkotykowej. Zwolennicy legalizacji przekonują, że nadzorowane przez rządy środki odurzające będą czystsze (dziś zawartość czystej kokainy w kokainie nie przekracza w Europie 50 proc., a w niektórych przypadkach nawet 10 proc.; reszta to chemikalia), a wpadający w nałóg użytkownicy będą częściej niż teraz korzystać z pomocy specjalistów od odwyku.

Liberalizacja w pierwszej kolejności powinna dotyczyć marihuany. Karanie ludzi za używanie środka, którym można zaszkodzić wyłącznie sobie i to w niewielkim stopniu, jest nie do pogodzenia z zasadą swobód obywatelskich. Ze zdrowym rozsądkiem również, bo prawdopodobnie więcej szkód społecznych powoduje pobyt w areszcie albo więzieniu niż samo palenie marihuany.

W wymiarze finansowym odstąpienie od karania i całkowita legalizacja marihuany przyniosłyby dwie korzyści. Po pierwsze, spadłyby koszty związane ze ściganiem i wymierzaniem kary. Tylko Stany Zjednoczone wydają na utrzymanie więźniów skazanych za posiadanie lub obrót marihuaną 4,5 mld dolarów rocznie. W Polsce za posiadanie marihuany grozi do trzech lat za kratkami. Utrzymanie blisko 700 osadzonych odsiadujących wyroki za posiadanie niewielkiej ilości marihuany kosztuje około 18 mln zł rocznie (dopiero od 1 kwietnia prokurator może pod pewnymi warunkami odstąpić od ścigania posiadacza niewielkiej ilości).

Kolejne substancje powinny być wprowadzane na rynek powoli i stopniowo, w kolejności uzależnionej od stopnia szkodliwości. Gdyby za punkt odniesienia przyjąć wspomnianą listę tygodnika „Lancet”, to relatywnie bezpieczne byłoby zarejestrowanie na rynku takich produktów, jak popularny w krajach Afryki khat, ecstasy, LSD (wszystkie są mniej szkodliwe od alkoholu czy papierosów), a nawet amfetamina (szkodliwość porównywalna z papierosami, ale niższa od alkoholu). Jeśli zalegalizowanie tych substancji przyniesie więcej korzyści niż szkód, można rozważyć legalizację najbardziej szkodliwych heroiny i kokainy, na przykład w formie długouwalniających substancję narkotyczną tabletek, co zmniejszałoby prawdopodobieństwo przedawkowania.

Didier Reynders - belgijski i waloński polityk, przewodniczący Ruchu Reformatorskiego, minister finansów i wicepremier.

Zalegalizowane i opodatkowane narkotyki przyniosłyby pozytywne skutki dla finansów publicznych. Dla przykładu Didier Reynders, minister finansów Belgii liczącej 10 mln mieszkańców, potencjalne wpływy z legalizacji marihuany (VAT, CIT, PIT od pracowników) oszacował na 1,5 mld euro rocznie. Kalifornia (36 mln mieszkańców) już zarabia 100 mln dolarów rocznie na legalizacji marihuany do celów medycznych. Urzędnicy stanowi szacują, że pełna liberalizacja przyniosłaby dodatkowo 1,3 mld dolarów wpływów podatkowych rocznie (w USA nie ma podatku VAT). Można szacować, że polski fiskus na zalegalizowaniu marihuany zyskałby od 200 do 300 mln zł. Zaoszczędzone pieniądze można by przeznaczyć na skuteczniejsze niż do tej pory terapie dla uzależnionych oraz pomoc dla ich rodzin.

Legalizacja niesie też ryzyko. Jej przeciwnicy obawiają się dalszego wzrostu liczby użytkowników. Czy słusznie? Otóż nie ma dowodów na to, że liczba zażywających narkotyki ma związek ze stopniem restrykcyjności antynarkotykowych przepisów. Pod koniec XIX w. Brytyjczykom udało się wprawdzie uzależnić od opium 8 proc. Chińczyków, ale była to zasługa trwającej kilka dekad intensywnej akcji promocyjnej, którą dziś trudno sobie wyobrazić, choć oczywiście istnieje reklama alkoholu. Dlatego bardziej miarodajny jest przykład Holandii: mimo powszechnej dostępności taniej marihuany wskaźniki spożycia tego narkotyku są niższe niż w Wielkiej Brytanii czy USA, gdzie prawo jest surowe. Albo Portugalii, która zniechęcona brakiem efektów twardej polityki antynarkotykowej i rosnacą popularnością heroiny dziesięć lat temu zrobiła pierwszy krok w kierunku legalizacji narkotyków. Portugalczycy zrezygnowali z karania za posiadanie niewielkich ilości nie tylko marihuany, lecz także kokainy, heroiny czy LSD. Kary dla dilerów zostały utrzymane. Wbrew prognozom przeciwników liberalizacji prawa nie wzrosła konsumpcja, a Portugalia nie stała się narkotykowym rajem. Spadła za to o 20 proc. w ciągu pięciu lat liczba przedawkowań i o 70 proc. liczba nowych zakażeń HIV. Co najważniejsze, jak wynika z opublikowanego rok temu raportu brytyjskich naukowców, spadło też spożycie najbardziej szkodliwej heroiny.

W ubiegłym roku śladem Portugalczyków poszli Czesi i nawet UNODC przyznała, że portugalski eksperyment działa. Niestety, główny finansujący globalną politykę antynarkotykową, czyli Stany Zjednoczone, na razie nie chce pogodzić się z porażką wdrażanej od pół wieku strategii. Mimo ograniczeń budżetowych środki dla antynarkotykowych policji w Stanach mają być jeszcze wyższe niż w tym roku.

autor: Radosław Omachel
via: Newsweek



Dodaj szybki komentarz


  Jeżeli masz już konto Zaloguj się

Komentarze

Brak komentarzy

Polecamy: Bangla Wall