3 284 odsłon

People’s Park w Berkeley

Tuż obok mieszkał Allen Ginsberg, Czesław Miłosz spacerował tędy w czasie przerw między wykładami. People’s Park to jednak nie tylko miejsce spotkań wolnomyślicieli i artystów w centrum Berkeley.

To symbol amerykańskiej kontrkultury, oaza anarchistów, aktywistów, bezdomnych, ale i współczesnych hippisów. Miejsce to było świadkiem radykalnych wystąpień studentów w 1969 roku. Do dzisiaj People’s Park budzi kontrowersje. Postanowiłem spędzić tam jeden dzień. Jeden szczególny dzień.

Na początku był zakaz: Palić marihuany w Kalifornii nie wolno. Później policja kodem four-twenty zaczęła określać tych, którzy jednak zakazowi poddać się nie chcieli. Był to początek lat 70-tych w San Rafael. Gdy lokalni mieszkańcy zorientowali się, że zioło (ang. weed) mundurowi łączą z kodem 420, powstało nowe określenie na palenie trawki: Lets do four-twenty, dude. Tak głosi legenda. Prawda jest taka, że zwyczaj ten przyjął się i to nie tylko w San Rafael.

Manifestacja tysięcy jointów

40 lat później, 20 kwietnia 2011 roku, przy Haight Street w San Francisco o godzinie 16.20 tysiące osób jednocześnie odpaliło jointy w miejscu publicznym, by kolejny raz zagrać systemowi na nosie. Policja tym razem nie interweniowała. To samo było w Berkeley i Oakland, jednak tam bez tłumu turystów. Właśnie we wschodniej części zatoki San Francisco spotykam Ankę: — Zatrzymać za posiadanie trawki, mogą Cię tu zawsze. Nie ważne ile masz przy sobie, raczej ważne jest to jaki masz kolor skóry. No chyba, że jest 20 kwietnia – mówi.

Anka oprowadza mnie po squatach w Oakland. W USA mieszka od 11 lat, od jakiegoś czasu nie pracuje. Udziela się w organizacjach pozarządowych, pomaga w prowadzeniu bezpłatnego warsztatu rowerowego i darmowego sklepu.

Mam świetnie zaplanowany tydzień, no chyba, że zapalę, wtedy chce mi się spać — śmieje się Anka. O godzinie 16.20 planujemy być w People’s Park w Berkeley. — Gdy znikną biedne domy, a pojawią się eleganckie ogródki znaczy, że wyjechaliśmy z Oakland — słyszę. Anka opowiada mi o zaletach mieszkania w mieście koszykarzy Golden State Warriors: — Tu nikt nie pyta o dowód, gdy kupuję alkohol. Nikt się nie wtrąca.

Ten Park jest nasz

Jedziemy Martin Luther Jr Way na rowerach w stronę Berkeley. Im bliżej People’s Park, tym zapach marihuany jest bardziej intensywny. Na miejscu ludzie grają na gitarach, grają w szachy, czytają książki, śpią na trawie, grają w zośkę lub koszykówkę. Anka przyłącza się do przyjaciół z „Foods not bomb” i pomaga w rozdawaniu jedzenia bezdomnym.

Na scenie w parku, ktoś roluje jointy. Drugi po pierwszym, czwarty, po trzecim. Piramida składa się z dziesięciu skrętów. Każdy bez filtra i każdy bez choćby odrobiny tytoniu, czysta marihuana wyhodowana w Oakland. Tak samo było w 1969 roku. Dokładnie 42 lata temu, 20 kwietnia, między Haste Street i Dwight Way pojawili się ludzie, by na terenie należącym do University of California stworzyć park. Park dla ludzi. Oczyścili ziemię, posadzili drzewa i kwiaty, odpalili jointy. Zamieszkali w Parku. Bohaterowie dokumentalnego filmu Marka Kitchella „Berkeley, lata sześćdziesiąte„ mówią wprost: — Używamy ziemi lepiej niż wy, jest nasza.

Mike Delacour, pracowniczy aktywista, miał wtedy 31 lat, mieszkał kilka przecznic od parku. Dziś wygląda jak indiański mędrzec. Mike jest siwym, dobrze zbudowanym, poważnym 73—letni mężczyzną. Pytam go o 20 kwietnia 1969 r. — Straciliśmy wtedy miejsce wolności wypowiedzi w centrum Berkeley. Studenci potrzebowali nowego. Potrzebowaliśmy miejsca do życia. Tak samo jak dziś ludzie go potrzebują. Popatrz na nich. Gdyby nie mieli gdzie iść ze swoimi psami, nigdy by ze sobą nie porozmawiali. Dziś też walczymy o nasz Park.

W 1969 roku gubernatorem stanu Kalifornia był Roland Reagan. Hippisi go nienawidzili, on zresztą ich też. O antywojennych protestach studentów na kampusie w Berkeley mówił wprost: To raj dla sympatyków komunizmu, protestujących i dewiantów seksualnych

Obrońców People’s Park nie miał za lepszych. Wicekanclerz Berkley Earl Cheit uznał, że w Parku powstanie boisko. Hippisi zaś chcieli sadzić drzewa i kwiaty, no i palić trawkę. Tymczasem mieli się wynieść. Reagan zdecydował: Posprzątać bałagan w Berkeley.

Bloody Thursday

15 maja 1969 o godzinie 16.30 do parku weszła policja i 250 funkcjonariuszy Highway Patrol. Doszło do starć, które dziś nazywane są krwawym czwartkiem. 6000 hippisów z kamieniami i butelkami w rękach walczyło z policją i Gwardią Narodową dosłaną przez Reagana.

Śmiertelnie ranny został James Rector. — Mieszkał kilka przecznic stąd. Może Ty mi wytłumaczysz, dlaczego bogaci dalej się bogacą, a biedni dalej umierają na ulicy? To przecież moi przodkowie budowali ten kraj — mówi Yukon, który do Berkeley przyjechał w 1970 roku.

Dziś nadal mieszka w Parku. Boli go, że ludzie nie potrafią się już zjednoczyć. Gdy włączam dyktafon pyta Ankę, czy ma się zgodzić na nagrywanie. Proponuję papierosa, Yukon odmawia i kontynuuje rozmowę. — Chcą z tego miejsca zrobić drugi Nowy Jork, a to jest Kalifornia! Cały czas chcą nas stąd wygonić. To zawsze był otwarty park. Rzeczywistość życia na ulicy nie musi być smutna, dzięki takim miejscom. Tu ludzie mogą być razem. Popatrz na tych dwóch tam, widzisz? Siedzą sobie i gadają. A że palą trawkę? Ja nie piję alkoholu, nie palę nawet papierosów. I co? – pyta.

This is what we call Babilon

Dzisiaj, w rocznicę śmierci Rectora, People’s Park świętuje swoje 42 urodziny. I choć jest to okazja do zabawy, Yukon nie pozostawia mi złudzeń. — Niedługo znów dojdzie do starć. Ludzie cały czas nie mogą tu spokojnie żyć. A dla policji, liczy się tylko dobro bogatych. To jest właśnie to co nazywamy Babilonem.

Mike Delacour przychodzi z kolejnymi jointami. Po jednym na głowę. Pytam go o przyszłość Parku: — Do czasu aż developerzy nie będą mieli dokładnego planu wobec tego miejsca, Park będzie istniał. Daję nam czas, najdłużej do 2020 roku.

Plany są jednak inne. Berkeley myśli o wprowadzeniu Anti—Sit Ordinance, czyli zakazu siedzenia/spania na chodniku w miejscach popularnych turystycznie. Grozić może za to więzienie. Anka pokazuje mi ulotkę i zaprasza na manifestację sprzeciwiającą się temu.

Urządzamy zbiorowe siedzenie na chodniku na rogu Telegrapf i Haste. Pokażemy im, że jest nas wielu, że przemocą problemów bezdomnych się nie rozwiązuje. Tylko oni powinni to już wiedzieć z przeszłości? – mówi.

autor: Bartosz Andrejuk z San Francisco
via: Rzeczpospolita



Dodaj szybki komentarz


  Jeżeli masz już konto Zaloguj się

Komentarze

Brak komentarzy

Polecamy: Bangla Wall