2 330 odsłon

Ma być trudniej o amsterdamską trawkę

Mark Rutte

Rząd liberała Marka Ruttego, który obejmuje w czwartek władzę w Holandii, chce mocno przymknąć drzwi sklepów z marihuaną. – Dawny holenderski pragmatyzm ustępuje „ofensywie moralnej” – komentuje André Krouwel z Wolnego Uniwersytetu w Amsterdamie.

Walka o „prawo i porządek w Holandii” to jedno z głównych haseł ksenofobicznej partii PVV Geerta Wildersa, która weszła do koalicji parlamentarnej ze zwycięskimi liberałami Marka Ruttego oraz partią chadecką CDA. Wprawdzie Wilders nie dostał żadnych stanowisk w rządzie, ale w zamian za wsparcie Ruttego w głosowaniach parlamentarnych wytargował w umowie koalicyjnej m.in. walkę z coffee shopami oraz zaostrzoną kontrolę nad imigracją.

Słynne amsterdamskie coffee shopy mają być stopniowo zamieniane w zamknięte kluby, z których mieliby korzystać wyłącznie zapisani do nich miejscowi Holendrzy. Ponadto sklepiki położone w promieniu 350 metrów od szkół powinny być zamknięte. Choć te zmiany są wymierzone głównie w turystów, bo teoretycznie każdy Holender mógłby zarejestrować się w jakimś coffee shopie, to dla Wildersa stanowią one formę walki o uzdrowienie Holandii zamieniającej się w marihuanowe centrum Europy.

Zwolennicy coffee shopów pocieszają się, że – jak prognozuje wielu politologów – koalicja Ruttego z Wildersem nie przetrwa roku, czyli rząd nie zdąży nawet rozpocząć antymarihuanowych reform. Ponadto podkreślają, że alarmistyczne hasła są bardzo na wyrost, bo liczba cofee shopów spadła o połowę od 1995 r., a przeciętny Holender zużywa mniej marihuany niż statystyczny mieszkaniec Unii Europejskiej i bardzo rzadko rozgląda się za dopalaczami.

Pomimo to antymarihuanowa kampania podoba się sporej liczbie wyborców, i to nie tylko zwolennikom Wildersa. Burmistrz miasteczka Roosendaal w holenderskiej Brabancji poodbierał licencje wszystkim coffee shopom na swoim terenie już w 2009 r., bo zwłaszcza w weekendy – ku utrapieniu mieszkańców – ściągały tam i balowały tłumy Belgów i Francuzów. Z kolei władze Maastricht już teraz chcą, by kupujący marihuanę okazywali holenderski dowód tożsamości.

Rząd Ruttego – by zadowolić antymuzułmańskiego Wildersa – ma też przepchnąć przez parlament zakaz noszenia burek w miejscach publicznych, zakaz noszeni chust zasłaniających włosy przez policjantki oraz pracowniczki wymiaru sprawiedliwości i deportować imigrantów, którzy po kredytowanych przez państwo kursach obleją egzamin z niderlandzkiego. Co w zamian? Liberałowie tłumaczyli, że muszą pójść na układ z ksenofobem (trwa jego proces w sprawie nazwania Koranu muzułmańskim „Mein Kampf”), bo potrzebują większości parlamentarnej dla zdecydowanych reform gospodarczych.

– Koalicja przedstawiła najbardziej konserwatywny gospodarczo program, jaki widziałem w ostatnich dekadach – twierdzi jednak ekonomista Sweder van Wijnbergen z uniwersytetu amsterdamskiego.

Wprawdzie nowy rząd zamierza podwyższyć wiek emerytalny o jeden rok (do 66. roku życia) od 2020 r. i zmniejszyć wydatki budżetu o 18 mld euro (do 2015 r.), ale wbrew przedwyborczym obietnicom Ruttego wycofał się z zapowiedzi liberalizacji rynku pracy oraz poważnego odchudzenia systemu opieki socjalnej. We wrażliwej na równowagę płci Holandii ostrą krytykę wywołuje też powołanie zaledwie dwóch kobiet do 20-osobowej rady ministrów. – Chyba nie chcą mi powiedzieć, że nie potrafili znaleźć kompetentnych Holenderek! – oburzała się wczoraj holenderska komisarz UE Neelie Kroes.

via: Gazeta Wyborcza



Dodaj szybki komentarz


  Jeżeli masz już konto Zaloguj się

Komentarze

Brak komentarzy

Polecamy: Bangla Wall